Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/adscriptus.to-brazowy.pulawy.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
komórkę, zamknęła drzwi sypialni, weszła do przyległej łazienki i

interesowało. Snuł się jak błędny cień. Trzymał się na nogach dzięki lekarstwom. - Może tak było, a może nie. - Cassidy nie kłamie. - Ojciec rzucił jej krótkie spojrzenie. Dziewczyna wyglądała przez okno. Słońce ozłacało wzgórza w popołudniowym upale. - Wiem, ale nastolatki czasami ubarwiają rzeczywistość. Z tego, co słyszałem, Cassidy ma chyba słabość do McKenziego. - To śmieszne. - Głos ojca był nieobecny. Cassidy poczuła, że podejrzliwy wzrok szeryfa wbija jej się w plecy. - Tańczyła z nim na przyjęciu u Caldwellów. Cassidy milczała. Bała się, że jeśli zacznie mówić, szybko wyjdą na jaw jej kłamstwa, a gdy dowiedzą się prawdy, szybko odnajdą Briga i go oskarżą. Plotka, że Brig był sprawcą podpalenia i podwójnego morderstwa szerzyła się jak zaraza. Co do tego, kto był ojcem dziecka Angie, każdy miał swoje przypuszczenia, ale na czele listy znajdował się Brig McKenzie. Rex westchnął. - Ja tańczyłem z Geraldine Caldwell. I to nie znaczy, że - jak pan to ujął? - że mam do niej słabość. Cassidy obejrzała się przez ramię. Szeryf się speszył. - Pan nie jest nastolatką z głową pełną romantycznych fantazji. - Szeryf machał rękami, jakby chciał odegnać argumenty Rexa. - Zresztą nieważne. Niezależnie od tego, czy McKenzie tutaj był, czy nie, wylądował w mieście, szukając Angie albo Jeda, albo ich obojga. Pewnie natknął się na samochód Jeda. Potem poszedł do tartaku, gdzie Jed miał się spotkać z Angie. Wszyscy dobrze wiemy, że miał fioła na jej punkcie. McKenzie pewnie napadł na Bakera, złamał mu kilka żeber, skopał go, a potem podpalił budynek. - Nie zabiłby Angie - powiedział ponuro Rex. - Pewnie nie wiedział, że tam była. Albo... - Szeryf zmrużył oczy. - A może wiedział. Może usłyszał rozmowę o dziecku. Widywano go z Angie, a myśl, że się puszczała... Rex zacisnął pięść na poręczy fotela. - Ona się nie puszczała! - Jego głos był cichy, ale stanowczy. Niewielu potrafiło mu się sprzeciwić. - Bardzo kochała mężczyznę, którego dziecko nosiła. - Mógł to być McKenzie. Cassidy kątem oka przyglądała się ojcu. Jego twarz wykrzywiła się z wściekłości. - Niech pan się liczy ze słowami. Rozmawiamy o mojej córce. - Której zdarzyło się zajść w ciążę. Cassidy poczuła ból w żołądku. Dziecko. Dziecko Angie. I Briga. Zaczęły jej się trząść ręce. Złożyła dłonie. Chciała uciec z pokoju, ale nie mogła. Musiała dowiedzieć się wszystkiego o Brigu. Dodds nieco spuścił z tonu. - W porządku, w porządku. Powiedzmy, że McKenzie nie chciał tego zrobić. Pali. Mógł nieopatrznie rzucić zapałkę i stary tartak się zajął. Pewnie miał ze sto lat... - Sto dwadzieścia. - Tak, był jak podpałka. Jak benzyna dla iskry. Przypuszczam, że McKenzie nie wiedział, że w środku była Angie. Może się tam przed nim chowała, bo nie chciała spotkać się z dwoma chłopakami. - Nie wiem... - Dobra, Buchanan. On nie za bardzo pana lubił, prawda? Kilka tygodni temu chciał go pan zwolnić. Rex wziął cygaro i przytaknął. - Pobił się z Derrickiem. - No i widzi pan. Nie miał oporów, żeby spalić ten zabytek, bo miał z panem na pieńku. - Bójkę chyba sprowokował Derrick. - Ale przecież syna nie może pan zwolnić? Niech pan da spokój i spojrzy prawdzie w oczy. Nie podobało się panu, że McKenzie włóczył się za pana córką. Rex zaciągnął się cygarem, wypuścił dym w sufit i patrzył, jak popiół zmienia się w biały pył. - Domyślam się, że uciekł pieszo albo ukradł pańskiego konia, tego, który zginął. - To koń mojej córki - wyjaśnił Rex, podnosząc wzrok na Cassidy. Zaczerwieniła się lekko, odwróciła twarz i znowu wyjrzała przez okno. Na dworze było gorąco. Burza ucichła dzień po pożarze. Muchy zleciały się do okna. Wszystkie kałuże po ulewie obeschły, a nad zaschniętym błotem latały szerszenie. Angie i Jed po sekcji zwłok zostali pochowani. Odbyły się dwie ceremonie pogrzebowe według obrządku dwóch różnych wyznań. Na pogrzebie Angie kościół pod wezwaniem świętego Jana był pełen. Ludzie stali nawet na schodach. Mieszkańcy miasta ustawiali się w kolejce, żeby złożyć kondolencje i wyrazy współczucia. Dom do tej pory był pełen kwiatów, mimo że Rex prosił, żeby pieniądze przeznaczono na szkołę dla dziewcząt imienia świętej Teresy w Portland. Zapach kwiatów wypełniał każdy zakamarek i każdy kąt domu. Codziennie przychodzili ludzie z kondolencjami i załzawionymi oczami. W okrytym żałobą domu Buchananów przyjmowano wszystkich mieszkańców miasta.

prowadzi jego córki do samochodu. Była taka poważna,
Oriana zbyła to milczeniem. Ojciec potrafi być czasami wyjątkowo obcesowy, pomyślała. Poza tym dobrze wiedziała, że zapłaci, ile trzeba, byle tylko wieść spokojne życie.
- Nie znałam jej, jak się okazuje. Myślę, że nikt jej nie znał. Jestem pewna, że oglądasz dziennik...
- Zabrałeś się? - Gloria nachmurzyła się. - Co masz na myśli?
sobie do rozsądku. Bez względu na to, czy Alli pracuje w jego biurze, czy w jego domu,
Lysander podniósł wzrok i w jednej chwili wszystkie kawałki łamigłówki znalazły swoje miejsce. Clemency zrozumiała, że ją rozpoznał.
- Nie mam. Chciałem tylko popatrzeć na twoją buźkę.
się na osobie, która miała ich chronić!
Zwrócił małą Alli, która zauwaŜyła, Ŝe o ile poprzednio Mark unikał fizycznego
podziwem dla jej odwagi a żalem, że był zmuszony ją
- Słucham?

gestem wskazał jeden z foteli.
chciała kłamać. Scott cenił sobie szczerość, nienawidził kłamstwa.

uprzejmości wstępnych.

- Frome, może filiżankę herbaty? - zapytał. - Panna Stoneham panu naleje.
- Ja otrzymałem całą resztę.
- Proszę nam towarzyszyć - pisnęła Diana.

- To prawdopodobne - przytaknął Barlow.

dobrym człowiekiem. Była pewna, że pozostał stuprocentowo wierny

Dochodziła dziewiąta, gdy Susanna Kosper zatrzymała

opuszczenia posiadłości, to jest to albo wariat, albo głupiec. Mam nadzieję, Ŝe coś z tym

celem. Młoda gringa zajęta zakupami sprawiała wrażenie typowej
odwracając się do niej i mierząc Millę smutnym wzrokiem.
157